Jako nastolatka byłam święcie przekonana, że dobę można dowolnie rozciągać wzdłuż i wszerz. Że skoro masz tyle rzeczy do zrobienia, to przy odrobinie organizacji i dobrych chęci, jesteś w stanie to zamknąć w takim czasie, jakiego potrzebujesz. Przecież jakimś cudem tyle silnych kobiet na świecie było w stanie osiągnąć tak wiele wspaniałych rzeczy. Poświęcać się ludziom, nauce, tworzyć piękną muzykę, kolekcje mody, a przede wszystkim zakładać ciepły, rodzinny dom, do którego aż chce się wracać.

Jakież było moje zdziwienie, gdy zmęczenie brało górę, gdy próbowałam na studiach po nocach nadrabiać materiał albo kiedy próbowałam pogodzić szalone życie towarzyskie ze spotkaniami z ukochanym (bo przecież nie będę dziewczyną, która zapomniała o znajomych, gdy się zakochała!). Bardzo szybko zrozumiałam, że doba nie ma nic wspólnego z gumą, a ja z Marią Skłodowską Curie ani Beyonce. Nadal jednak przychodziły momenty, w których próbowałam oszukiwać samą siebie, że jeśli tylko będę chciała, to się uda.

Nie zdziwi Was zatem, że największą lekcją pokory było dla mnie macierzyństwo. Z osoby, która zawsze znajdowała czas dla przyjaciół, znajomych, rodziny i wszystkich innych, stałam się niewolnikiem zegarka mojego synka, który jeszcze przecież zupełnie nie znał się na elektronice. Skończyły się godzinne rozmowy z koleżanką i przekonywanie jej, że ponowny powrót do eks to kiepski pomysł. Coraz rzadziej udawało mi się znaleźć chwilę, by podrzucić siostrze tip na rozwijanie własnego biznesu, czy wspierać karierę muzyczną przyjaciółki z liceum.

Czułam wyrzuty sumienia, że nie sprawdzam się już w żadnej roli. Że zawodzę bliskich, a moje życie towarzyskie straciło polot i jakikolwiek sens. Poczułam się… niepotrzebna. I kiedy Iwo nieco podrósł, a ja zaczęłam wychodzić z domu, zrozumiałam, że miałam rację. Nie byłam potrzebna ani siostrze, ani koleżance, ani przyjaciółce. Oni wszyscy bardzo dobrze sobie radzili bez mojego wsparcia. Jedną osobą, której tak naprawdę byłam niezbędna, był syn, który jak nikt cieszył się, widząc mnie wracającą z pracy. Nigdy nie pytał, czy jestem chora albo źle się czuję, gdy miałam “no make up” day, czy nie oceniał mojej sylwetki, gdy drastycznie przytyłam. A co najważniejsze, zawsze dawał mi poczucie, że jestem potrzebna. To właśnie on pozwolił mi zrozumieć coś, co przecież jest najprostszą rzeczą na świecie: marnując energię na inne “projekty”, brakowało mi siły na zabawę z własnym dzieckiem, które każdego dnia stawało się coraz większe i bardziej świadome.

Kiedy to zrozumiałam, odłożyłam telefon, laptopa, by usiąść na macie antypoślizgowej z kosmosem, zbudować międzyplanetarną bazę i po prostu spędzić razem czas. Póki jeszcze mamy go pod dostatkiem.

 

Share: